Blog > Komentarze do wpisu

Służące, czyli kieruj swoim życiem

Wczoraj były moje urodziny. Prezentem, który sama sobie ofiarowałam, był film (jakżeby inaczej) – obejrzałam Służące (The Help).

Już po kilku chwilach znalazłam się pod urokiem tego filmu. Myślę, że w dużej mierze jest to zasługa wyboru głównej bohaterki. Skeeter Phelan to młoda dziewczyna, utalentowana pisarka, a także dumna absolwentka wyższej uczelni, co nie jest powszechne wśród kobiet w Jackson, Missisipi w 1963 roku. Wszystkie młode kobiety (a nawet bardzo młode) wychodzą szybko za mąż i rodzą dzieci. Zatrudniają czarnoskórą służącą i zwykle paskudnie ją traktują. Skeeter dostrzega to zjawisko i nakłania dwie kolorowe kobiety, by pomogły jej o tym napisać artykuł, który rozrasta się w książkę.

Jednym z producentów Służących jest Chris Columbus znany m.in. z pokrzepiających filmów familijnych. Widać tu ten optymistyczny rys – opowieść dobrze się kończy, źli zostają ukarani (ew. pouczeni), a dobrzy otrzymują zasłużoną nagrodę. To może drażnić, przyznaję. Ale w gruncie rzeczy to w niczym nie przeszkadza, bo tej historii głębi nadają postaci.

Zwłaszcza niepokorna Skeeter (Emma Stone) i pyskata Minnie (Octavia Spencer) – te dwie postaci miały odwagę, by mówić, jak wygląda prawda. Emma Stone z fryzurą jak rabarbar po burzy wypadła świetnie jako buntowniczo nastawiona do panującego porządku młoda kobieta. Dotąd widziałam Stone jedynie w komedii romantycznej z Ryanem Goslingiem i muszę przyznać, że zapałałam do niej sympatią. Byłam bardzo ciekawa jak wypadnie w „poważniejszej roli” i nie zawiodła. Do tego stopnia, że nie jestem już sobie w stanie wyobrazić innej aktorki w roli Skeeter. Ale trzeba przyznać, że króluje tu Octavia Spencer – uwielbiam charakterną Minnie, choć nieco przeraziło mnie to, że znalazłam w sobie kilka cech tej postaci. W moim odczuciu sytuacje ilustrujące życie Minnie – córka, która musiała zrezygnować ze szkoły, by pomóc w spłacie rachunków czy mąż brutal – przyćmiły opowieść głównej postaci, czyli Aibileen o śmierci syna. Minnie może i dać popalić, np. zaserwować znienawidzonej pracodawczyni najprawdziwsze „kupne ciasto”, ale okazuje też troskę i uczucia, m.in. gdy zajmuje się Celią. Właśnie, Celia Foote. Jessica Chastain już wielokrotnie pokazała, jak rewelacyjną jest aktorką, nie musiała o tym przypominać. A jednak to zrobiła. Widziałam ją w roli słabej żony Koriolana, rozdartej matki, a tutaj przemienia się w głupiutką kobietę o wielkim sercu, która na koniec okazuje się więcej warta niż wszystkie „wielkie damy” z Jackson. Zaskoczeniem była dla mnie Bryce Dallas Howard w roli złośliwej i podłej Hilly Holbrook. Przecież ostatnio oglądałam ją jako uroczą niewidomą dziewczynę w Osadzie i zazdrościłam jej sceny na ganku z Joaquinem Phoenixem. A tutaj – za przeproszeniem – prawdziwa zdzira. Kłamie i oszukuje, wymusza i grozi, by tylko dopiąć swego. Dopiero po chwili przypomniałam sobie, że przecież Howard pokazała już, że potrafi zagrać megierę w 50/50, który to film nawet tu opisywałam.

Muszę też wspomnieć o dwóch postaciach drugoplanowych. Jedną z nich jest pan Blackly, naczelny w gazecie, dla której pracuje Skeeter. Warto na niego zwrócić uwagę dla dwóch scen: pierwsza gdy krzyczy, żeby zamknąć te cholerne drzwi, a druga, kiedy szaleje na przyjęciu bożonarodzeniowym i w tanecznym szale wykonuje przewrót. Cud, miód i orzeszki. Chciałabym mieć takiego szefa.

Pisałam już o moim uwielbieniu dla Minnie, ale matkę Hilly, panią Walters (graną przez Sissy Spacek) po prostu pokochałam. Krucha, cierpiąca na demencję starsza pani jako jedyna ma odwagę śmiać się z autorytarnej i apodyktycznej córki, za co zostaje przez nią oddana do domu starców. Myślałam, że padnę ze śmiechu, gdy zobaczyłam, jak pani Walters po przyjęciu organizowanym przez Hilly „wyrywa faceta” – z powodzeniem. Ale też wzruszyłam się, gdy podczas burzy przestraszona pani Walters przez chwilę nie mogła się zorientować, gdzie się znajduje, a Minnie troskliwie się nią zajęła (Hilly w tym czasie wachlowała się gazetą).

W ogóle cały film zaprogramowany jest, by wzruszać. Przyznaję, że uroniłam łzę w scenach ukazujących miłość i przywiązanie Constantine, służącej pracującej dla Phelanów, okazywane Skeeter. Niemal czułam ból, jaki musiała cierpieć Constantine, gdy matka Skeeter przedłożyła grupę obcych kobiet z organizacji nad jej uczucia. Miałam ochotę krzyknąć to, co w końcu powiedziała Skeeter: „złamałaś jej serce”. To dzięki pracy z Aibileen, Minnie i wieloma innymi służącymi Skeeter udaje się odpracować dar ofiarowany jej przez Constantine, a także wykorzystać to, czego nauczyła ją ta kobieta. Niegdyś Constantine powiedziała dziewczynie, że ta dokona czegoś wielkiego w swoim życiu. Skeeter mogła spełnić to marzenie. A jej praca ukazana jest na tle wysiłków innych, którzy walczą w tym samym celu, co ona: Medgar Evers, Martin Luther King. Obaj giną za swoje przekonania, co powinno ostudzić zapał młodej dziennikarki i pisarki. Nic podobnego. Skeeter nie godzi się na to, co jest, co w filmie słychać wprost: „Żaden inny stan nie odnotowuje tylu zbrodni, co Missisipi. Króluje tu brak człowieczeństwa, okrucieństwo, przemoc i nienawiść rasowa. Niżej nie da się upaść.”. Opowieść z perspektywy „tych gorszych”, którą spisuje Skeeter, podkreśla tę sytuację.

Jak już napomknęłam historia kończy się dobrze. Ale kto by nie chciał tego dla malutkiej Mae Mobley, której matka powtarza, że jest brzydkim dzieckiem? Kto by nie chciał, by zapamiętała na całe życie nauki czarnej służącej – że jest „smart, kind, important”? Po tych wszystkich matkach od kotów, odrąbanych nogach pisarzy, głęboko nieszczęśliwych ludziach takie happy endy są potrzebne – nawet po to, żeby nie oszaleć do reszty (a naprawdę niewiele mi brakuje).

P.S.: Jeśli nie fabuła, nie aktorzy, nie ciekawe czasy to muzyka. Myślałam, że mam już ulubioną piosenkę Boba Dylana (myślę, że jeżeli jest niebo, to nie grają tam Mozarta tylko właśnie Dylana), czyli Visions Of Johanna – ale nie, ale nie! Bo usłyszałam Don’t Think Twice, It’s Alright. Może to i chwilowe zauroczenie, ale słucham i nie mogę przestać. Mam zapętlone na odtwarzaczu i umila mi pisanie tego tekstu. Akurat piosenka dobiega końca, więc i ja już zakończę. Dobranoc.

wtorek, 22 stycznia 2013, zinatwakil

Polecane wpisy

Komentarze
home-made-london-fog
2013/01/22 21:23:25
Absolutnie mnie ten film oczarował!
-
zinatwakil
2013/01/23 12:04:50
O, mnie też! Na pewno za jakiś czas do niego wrócę. Zwłaszcza żeby znów zobaczyć wyraz twarzy Minnie, gdy wyjawia sekretny składnik swojego ciasta :-)