Blog > Komentarze do wpisu

Henryk V, czyli nurzam się w Szekspirze

Żeby była równowaga w przyrodzie – ostatnio głównie o komedii, teraz kolej na dramat. Jako że od października internet mam w postaci szczątkowej, musiałam wybierać film z kolekcji mojego ojca (i to tak, żeby tego nie widział, bo w przeciwnym razie odrąbałby mi głowę. Siekierą). Padło na Henryka V, ekranizację sztuki Williama Szekspira, ze względu na to, że gra tam Kenneth Branagh. Tego brytyjskiego aktora ostatnio widziałam w filmie Woody’ego Allena Celebrity, a było to tak dawno temu, że w przerwach seansu machałam przepływającemu za oknem Noemu. Taka przerwa od Branagha jest skandaliczna.

Kiedy byłam jeszcze w gimnazjum, obejrzałam kilka adaptacji sztuk Szekspira przygotowanych przez BBC. Część mnie zachwyciła, część nie. Minęło trochę czasu i całkowicie przypadkowo natrafiłam na wyreżyserowaną właśnie przez Branagha ekranizację Wiele hałasu o nic, mojej ukochanej sztuki mistrza. Ponadto sam Branagh grał Benedicka i sposób, w jaki przedstawił tę inteligentną i dowcipną postać zagwarantowało mu z mojej strony dozgonne uczucie. Teraz miałam okazję zobaczyć tego aktora w roli dramatycznej.

Cóż, nie da się ukryć, Henryk V zrobił na mnie wrażenie pod wieloma względami. Pierwszy z nich: aktorstwo. Może zacznę od ról pomniejszych, stopniowo kierując się ku tym większym. Zaskoczyło mnie pojawienie się mocno nieletniego Christiana Bale’a. Nigdy nie przyglądałam się bliżej jego filmografii, co prawda zdawałam sobie sprawę, że jako dziecko wystąpił w Imperium Słońca, ale nic ponadto. W Henryku nie ma oszałamiająco wielu kwestii, ale i tak dobrze mi się go ogląda. Na pierwszy rzut oka nie poznałam Judi Dench w roli Nell. Gdyby nie napisy tytułowe nie byłabym pewna, czy to właśnie ona, choć zwykle nie mam najmniejszego problemu z rozpoznawaniem aktorów czy to dużo młodszych niż są obecnie, czy nawet pod warstwą makijażu. Choć skłamałabym, gdybym napisała, że nie pasowała mi do swojej roli, podobnie jak towarzyszący jej Robbie Coltrane czy Richard Briers. Wymienieni właśnie aktorzy grali członków wesołej kompanii, występującej w nielicznych scenach komediowych. Ponadto zapadł mi w pamięć Christopher Ravenscroft grający Montjay’a, francuskiego posłańca. Ravenscroft miał interesującą rolę – łącznika między antagonistami, a także człowieka podziwiającego przeciwnika swojego monarchy. Pomijając rolę tytułową, najbardziej podobał mi się Derek Jacobi w roli „chóru”, osoby komentującej to, co się dzieje w sztuce. Przechadzał się wśród mgieł nocnych w czarnym płaszczu, okazjonalnie zarzucał czarnym szalikiem i… co tu dużo mówić, z przyjemnością słuchałam kwestii wypowiadanych z najładniejszym na świecie akcentem. I last but not least – Kenneth Branagh w roli Henryka. Rewelacyjnie oddany królewski majestat, uczucia władcy podczas skazywania dawnych towarzyszy i łzy żalu (?), aż w końcu – mowa podnosząca rycerzy na duchu (wyszczerzyłam się radośnie słysząc sformułowanie „band of brothers” – kto oglądał chociaż jeden odcinek Kompanii Braci już dobrze wie, dlaczego). Myślę, że od tej pory, gdy sięgnę po tę konkretną sztukę Szekspira, Henryk będzie miał dla mnie twarz Branagha, podobnie jak to miało miejsce z Benedickiem.

Na drugim miejscu, zaraz po oprawie aktorskiej umieściłabym scenografię. Film uhonorowano Oscarem za najlepsze kostiumy – nie przeczę, osoby za nie odpowiedzialne w pełni zasłużyły na nagrodę. Stroje, oświetlenie, dekoracje, rekwizyty – wszystko to pozwala wczuć się w atmosferę mrocznego i okrutnego średniowiecza. Nocna przechadzka Henryka w oparach mgły, dramatyczna bitwa pod Agincourt, czy nawet sceny rozgrywające się na dworach władców – żadna z tych sekwencji nie wpływałaby tak na widza swą atmosferą, gdyby nie doskonale dopracowana oprawa artystyczna.

Źle bym się czuła, gdybym nie napisała tu o scenie, w której Henryk niesie na ramieniu ciało chłopca przez pole bitwy. Dobry pomysł z ciągłością ujęcia, wspaniale dopasowana muzyka, idealnie oddana atmosfera po bitwie – panoramiczny rzut na całą okolicę i wszystkich bohaterów. Klasa.

Kiedyś na jednym z blogów przeczytałam opinię, że Kenneth Branagh to reinkarnacja Williama Szekspira. Jako podsumowanie powiem tylko, że to bardzo, bardzo prawdopodobne.

P.S.: Na potwierdzenie jedności duchowej reżysera i dramaturga - Branagh i Yorick.

poniedziałek, 18 lutego 2013, zinatwakil

Polecane wpisy

Komentarze
pscottie150
2013/02/20 12:19:23
Lubimy to!
-
zinatwakil
2013/02/21 09:29:13
Dzięki!