Blog > Komentarze do wpisu

Niemożliwe, czyli nigdy nie bądź pewien

Uwaga – jak zwykle, spoilery.

Coś ostatnio mam tendencję do opisywania tylko tych filmów i książek, które wgniatają mnie w podłogę. Piszę tu wyłącznie o rzeczach, które wywołały u mnie pozytywne wrażenie. To chyba nie do końca zdrowe dla mnie, a już na pewno nie dla bloga. W końcu za dużo cukru nikomu nie służy. Chciałabym móc oznajmić, że przerywam to pasmo i dla odmiany coś skrytykuję bez litości, ale niestety. Znów coś pochwalę.

Niemożliwe to film opowiadający prawdziwą historię pięcioosobowej rodziny, która przeżyła tsunami na Oceanie Indyjskim w 2004 roku. Wszyscy jej członkowie przeżyli, co biorąc pod uwagę fakt, że kurort w którym się zatrzymali znajdował się tuż przy plaży jest, no właśnie – niemożliwe. Ale to nie kataklizm jest najważniejszy, służy tu tylko za tło. Na pierwszym planie znajduje się rodzina, łączące ją więzy, wzajemne uczucia. Świadomość tego, że historia jest prawdziwa, pozwala spojrzeć na ten obraz inaczej niż na standardowy film katastroficzny. Wiele elementów składa się na to, że Niemożliwe uderza w widza z wielką siłą – osobiście po seansie czułam się tak, jakby przejechał po mnie walec – emocjonalny.

Uważam, że motorem napędzającym film i decydującym o jego ostatecznym „smaku” nie jest jednak sama historia czy klimat, a aktorzy. To oni sprawiają, że film się broni lub też czegoś mu brakuje. Niemożliwe aktorsko broni się rewelacyjnie. Nie zdziwiła mnie przekonywująca gra filmowego małżeństwa Henry’ego i Marii, czyli Ewana McGregora i Naomi Watts. To utalentowani aktorzy i można było ich zobaczyć w wielu ciekawych produkcjach (Watts już została doceniona za tę konkretną rolę – została nominowana do Złotego Globa w kategorii najlepsza aktorka dramatyczna). Natomiast absolutnym zaskoczeniem i objawieniem był 14-letni Tom Holland, grający Lucasa, najstarszego syna Marii i Henry’ego. Zafascynowały mnie jego przemiany, wszystkie twarze, które pokazuje. Na początku to normalny, nieco egoistyczny nastolatek, którego nudzi przestraszony turbulencjami w samolocie młodszy brat. Następnie, po przejściu fali, kiedy zostaje sam z ciężko ranną matką, przejmuje rolę dorosłego. Gdy Maria słyszy płaczące gdzieś dziecko i namawia syna, by poszli je ratować, bo może gdzieś ktoś dostrzega jej pozostałe dzieci, Lucas wrzeszczy: „oni nie żyją!”. To on przekonuje, by szukali schronienia, on dostrzega, że rany matki uniemożliwiają jej przeżycie kolejnej fali. W szpitalu Lucas na powrót staje się dzieckiem – odwraca się, gdy Maria zaczyna się dławić, histerycznie krzyczy żeby przestała, po ataku mówi do niej, by nigdy więcej mu już tego nie robiła. Ogromne wrażenie zrobiło na mnie aktorstwo Hollanda, w niektórych momentach czułam, że przyćmił nawet profesjonalistów jakimi są McGregor i Watts. Mam nadzieję, że jeszcze nie raz będę miała okazję zobaczyć go na ekranie.

Filmowi młodsi bracia, czyli Samuel Joslin i Oaklee Pendergast również pozytywnie mnie zaskoczyli. Ani razu nie widać było po nich, że grają, jak to ma miejsce u wielu tak młodych aktorów. W jednym z wywiadów Ewan McGregor opowiadał o wspólnych scenach z najmłodszymi chłopcami. W pewnym momencie Henry decyduje, że będzie dalej szukał żony i Lucasa, i zwraca się do „środkowego” synka Thomasa (Joslin) z prośbą, by ten zajął się młodszym bratem. Chłopiec wygląda na autentycznie przerażonego i mówi, że nie potrafi się nikim opiekować, że nigdy tego nie robił. Jakie było moje zaskoczenie, gdy przeczytałam, że ta kwestia została zaimprowizowana. Najmłodsi aktorzy wypowiadają w filmie wiele niepokojących zdań, ale nie sądziłam, że aż tak dali „ponieść” się emocjom, by samemu dojść do takich słów. Samuel Joslin ujął mnie za serce również w scenie rozmowy ze starszą kobietą (Geraldine Chaplin). Razem wpatrują się w niebo, które fascynuje małego Thomasa. Kobieta opowiada chłopcu o gwiazdach, które już są martwe, ale my wciąż widzimy ich blask. W pewnym momencie rozmowa przestaje być oczywista, a widz orientuje się, że pod pozornym tematem kryje się dialog o tym, co oboje przeżywają – o śmierci i stracie. Gdy kobieta mówi, że mimo iż gwiazdy umarły, „ich światło wciąż podróżuje w przestrzeni” po jej twarzy spływają łzy. Może ona, podobnie jak chłopcy została sama i mówi o tych, których przy niej już nie ma. Bo przecież ich światło wciąż istnieje – w pamięci tych, którzy przeżyli.

Tak jak już wspomniałam, największą siłą filmu są emocje. Przyznaję, że nie mogłam powstrzymać łez podczas wielu scen. Oto kilka z nich, które wywarły na mnie największe wrażenie (gdybym pisała o tym, co mnie po prostu poruszyło, musiałabym przepisać cały film; ograniczę się do tego, przy czym szlochałam niekontrolowanie):

  • płacz Henry’ego, gdy rozmawia przez telefon z rodziną (chyba swoim ojcem) i przyznaje, że nie ma pojęcia gdzie są Maria i Lucas. Ogromna fala emocji płynąca z tej krótkiej konwersacji kompletnie mnie poraziła. Widziałam w niej bezradność człowieka, jego głęboką rozpacz i poczucie totalnej bezsilności. Henry załamuje się i szlocha, można odczuć, że ugiął się pod ciężarem tego co się stało. Jednak bezinteresowność nowopoznanego mężczyzny (Sönke Möhring), którego bliscy również zaginęli, przywraca mu wiarę. Razem wyruszają na poszukiwania.
  • scena, która zniszczyła mnie emocjonalnie: moment, gdy Lucas w ostatniej chwili, zupełnym przypadkiem dostrzega ojca, gdy ten znika w tłumie. Chłopiec wybiega na zewnątrz, widać gotujące się w nim skumulowane emocje: rozpacz, frustrację, przerażenie. I w końcu to wszystko wylewa się z niego w jednym wrzasku, który jednoczy rozdzieloną rodzinę. To było… dobra, nie będę bać się tego słowa: piękne. Zwłaszcza malutki Oaklee Pendergast, filmowy Simon, który cały we łzach tuli się do brata i mówi „kocham cię”. O rany, naprawdę niewiele mi potrzeba.
  • moment, w którym Maria zostaje uśpiona przed operacją. Przyznaję, że to sekwencja, która wywołała u mnie niezdrowy dreszcz przerażenia. Powracają wszystkie przeżyte wydarzenia, siła nurtu, odniesione rany, nieme wrzaski pod wodą, potworny strach. Małość i bezsilność człowieka wobec tego, co się stało. Chaos. Siła przypadku. Walka na śmierć i życie. Niesamowicie silna scena.

Z pewnością na to, jak poszczególne sekwencje oddziałują na widza, ma wpływ muzyka. Wspaniale dopasowana do przedstawianych wydarzeń, dyskretna i niepokojąca. Myślę, że to w głównej mierze skrzypcowe crescendo w opisywanej powyżej scenie jest odpowiedzialne za towarzyszące mi uczucie lęku.

Czemu piszę o strachu i niepokoju? Przecież w gruncie rzeczy wszystko kończy się dobrze, tak? Nie do końca. Myślę o ostatnich chwilach filmu, kiedy rodzina opuszcza wyspę. Wszyscy zabierają ze sobą dodatkowy, niechciany bagaż – naklejkę ze szpitala, pożegnalny list, napis na ręce. To będzie towarzyszyło im do końca życia. Nic nigdy nie będzie takie samo, nigdy już nie będzie tak do końca dobrze. Świadomość, że coś takiego się wydarzyło i może znów się zdarzyć zawsze będzie gdzieś w głowach tych ludzi. Wiele mówi płacz Marii – czy jest szczęśliwa, że ocaleli? Też, ale głównie płacze nad tym, co się stało. Patrzy na zrujnowany świat, zdewastowaną przestrzeń, która kiedyś była rajem. Wszystko obróciło się w ruinę. Dramat wcale nie kończy się dlatego, że opuszczają wyspę – on nadal trwa. O tym przypomina także końcowe ujęcie: błękitny ocean, piękny a zarazem przerażający. Przypomina o tym, że tak naprawdę nie mamy pojęcia co i kiedy nas może spotkać. Że nic nie jest niemożliwe.

wtorek, 05 lutego 2013, zinatwakil

Polecane wpisy

Komentarze
pscottie150
2013/02/05 12:31:41
bombowe :)
-
zinatwakil
2013/02/08 11:34:10
Biorę to za dobrą monetę - czyli że pochwała skierowana do wpisu, nie samego filmu - i dziękuję bardzo! ;D